z nami od: 2010-01-28 ostatnio widziano: 2011-11-16 11:58:47
AKTYWNOŚĆ
http://www.sport24.pl/draw/index/37441/2/2012/05/19
2012-05-19
http://www.sport24.pl/draw/index/37441/2/2012/05/27
2012-05-27
37441
2012-05-25
2
http://www.sport24.pl/draw/index/37441/3/2012/05/25
MAPKA
FANKLUBY
    brak fanklubów
ULUBIONE KLUBY
    brak ulubionych klubów
OPIS
Użytkownik nie dodał opisu!
NAJŚWIEŻSZE WPISY NA BLOGU
Leonardo. Ten, co się wypiął na Berlusconiego
wtorek, 11 stycznia 2011, 11:39

Demon nędzności, jaki opętał w tym sezonie Inter Mediolan, gwałtownie traci na sile, pokazując przy okazji, że odebranie Nerazzurrim szans na doczołganie się choćby do podium było proroctwem nie tyle fałszywym, co nierozważnym.

Mistrzowie Włoch u progu obecnych rozgrywek zostali postawieni przed zadaniem pozornie błahym. Od kilku lat przecież we włoskiej lidze rozbijali marną piłkarską opozycję, która gotowość do walki o mistrzostwo sygnalizowała głównie werbalnie, bo na boisku zazwyczaj brakowało jej argumentów do wyjścia z dalekosiężnie zarzuconego przez Inter cienia. Mediolańczycy cień rzucili również na Europę (triumf w Lidze Mistrzów), co jeszcze mocniej utwierdzało ich w przekonaniu o możliwości rozegrania przynajmniej jeszcze jednego sezonu tak zbliżonego do perfekcji.

Jednak zadanie niby łatwe w istocie okazało się wyzwaniem doszczętnie zagmatwanym. W lecie z klubem rozstał się bowiem demiurg największych sukcesów w dziejach Interu, człowiek w interowskiej części Włoch kochany przez wszystkich, i nienawidzony przez wszystkich poza nią. Twórca ładu oraz harmonii, w której przyszło pracować piłkarzom przez dwa lata. Jose Mourinho podczas niedługiego czasu swojej niepowtarzalnej działalności przeistoczył często graczy mało odpowiedzialnych i na gruncie sportowym egoistycznych (patrz Samuel Eto'o) w abnegatów z krwi i kości, którzy za jedynie słuszny cel obrali dobro swojej drużyny. Mourinho wymagał od nich dogłębnej służalczości, a w zamian obiecał pomoc w zdobyciu tytułów dalece wykraczających poza Półwysep Apeniński. Obopólna współpraca Portugalczyka z zawodnikami przebiegała bez żadnych, nawet minimalnych zastrzeżeń. Wierni wszelkim dogmatom taktycznym piłkarze biegali za futbolówką do ostatniej kropli potu, Mourinho „dał” im zaś liczne zaszczyty: mistrzostwo i Puchar Włoch, a także klubowe mistrzostwo Europy.

Po odejściu - przeznaczonego do ciągłego udowadniania światu swojej trenerskiej nieomylności – Mourinho do Realu Madryt, prezydent Interu Massimo Moratti popełnił grzechy zaniechania i pychy jednocześnie. Naiwnie ufał, że po zwycięskim sezonie jego zawodnicy wyzuci z wszelkiej ambicji będą równie bitni jak kilka miesięcy wstecz. Że bez żadnych wzmocnień, już od pierwszej kolejki wpadną w rytualny marsz zwycięski, kończący się w maju kolejnym mistrzostwem Włoch i – być może – obroną trofeum Ligi Mistrzów. Przed rozpoczęciem rozgrywek zwerbował na ławkę trenerską wygnanego kilka tygodni wcześniej z Liverpoolu Rafaela Beniteza, i zgodnie ze swoimi zapowiedziami nie wzmocnił składu nawet jednym godnym zaszczytu reprezentowania mistrzowskich barw nazwiskiem.

Massimo Moratti uznał swój zespół za ciało tak namiętne, gładkie i powabne, że nawet ociupinkę nie upiększyłby go żaden wybitny fachowiec z wielkoświatowego salonu piękności. Był pewien, że najlepszym sposobem zatrzymania zwycięskiej dyspozycji będzie – po prostu – nie dłubanie w sprawnie kręcących się trybach zjawiskowej maszyny, co zresztą uczynił.

Wówczas gały mniej lub bardziej wścibskich gawędziarzy spojrzały na ręce Refaela Beniteza. Ot, taka sobie prewencja mająca uświadomić Hiszpanowi, że zepsucie czegokolwiek zostanie bezzwłocznie wyniesione na łamy prasy i w niej bezlitośnie wyszydzone. Pierwsze kroki stawiane przez benitezowy Inter nie były zbyt chaotyczne, Nerazzurri po nieznacznym potknięciu na inaugurację sezonu (0:0 z Bolonią) dzielnie poczłapali na pierwsze miejsce, skąd za kilkanaście dni runęli i permanentnie osuwali się w strefę goszczącą drużyny prawie przeciętne. Głównym tego powodem stała się niewyobrażalna ilość kontuzji, z którymi – w ciągu kilku miesięcy – zmagał się niemal każdy gracz broniącej tytułu drużyny. Wraz z nieszczęsną plagą urazów i urazików nadeszły - nie wiadomo dokąd zmierzające - dociekania, jaki jest powód tychże kontuzji. Jedna teoria opowiadała się za konsekwencją poprzedniego sezonu, kiedy Mourinho wyeksploatował swoich podkomendnych do nieludzkich granic, tak, że ich organizmy będące pod dyktaturą Beniteza po prostu skapitulowały. Prym wiodła jednak opinia o tak twardej ręce hiszpańskiego szkoleniowca, że jego treningów wytrzymać nie szło nawet tak świetnym atletom jak Maicon czy Walter Samuel, a Mourinho miał na to wpływ raczej niewielki. W następstwie regularnie pojawiających się urazów mięśniowych Inter z produktu najwyższej jakości obrócił się w produkt tandetny, który z wątpliwym smakiem w derbach Mediolanu skonsumował Milan, a także spożyły go m.in. Chievo Werona i Lazio Rzym.

Przed połową grudnia mediolańczycy wybrali się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich na Klubowe Mistrzostwa Świata, gdzie osiągnęli mało istotny sukces sportowy – bo co to za sztuka ograć jakąś drużynę z Afryki, której przedtem nazwa nawet nie obiła się o uszy? - ale spory sukces rangi symbolicznej, bowiem przez rok można nazywać włoski klub najlepszym na świecie. Po powrocie ze zwycięskiego turnieju w ZEA Benitez zażądał od swojego pracodawcy zakupu minimum czterech solidnych piłkarzy, inaczej będzie zmuszony abdykować. Jednak nikt rozsądny prośby, tfu, rozkazu Hiszpana nie wziął na poważnie. Była to raczej perfidna próba zagrywki psychologicznej. „Jeśli mam zostać zwolniony” - bo wszystko na to wskazywało, „to niech przynajmniej będzie, że nie z winy mojego partactwa, a przez dusigrosza Morattiego, który żałuje garści pieniędzy na niewinne wzmocnienia” - sprytnie sobie wydumał.

Nie upłynęła doba, a Benitez za swoje ostentacyjne żądania został po raz drugi w ciągu roku bezrobotny. Massimo Moratti tuż przed świętami podjął zaś decyzję o zatrudnieniu na stanowisko trenera pracującego jeszcze w poprzednim sezonie w Milanie Leonardo. Mniemano, iż może być to szpilka z premedytacją wbita prosto w dumę lokalnego rywala, ale po głębszym zastanowieniu, pragmatyzmu prezydentowi Interu odmówić nie można. Najął przecież szkoleniowca idealnie orientującego się w funkcjonowaniu piłkarskiego klubu (13 lat urzędował w Milanie: od piłkarza, przez skauta, aż w końcu po trenera), potrafiącego ponadto z racji wieku, inteligencji i ogólnej ogłady nawiązać wspaniałe relacje z piłkarzami, oraz mającego inklinacje do stania się zawodowcem od napełniania podopiecznych pogodą ducha.

Pokazał to już w swoich pierwszych dwóch meczach na ławce trenerskiej. W czwartek i w niedzielę mogliśmy obejrzeć Inter jeszcze nie tak dokładny, jak z Mourinho, ale też nie aż tak roztrzepany, jak z Benitezem. Był to Inter pełen entuzjazmu, wierzący, że nawet przy jednobramkowej stracie mecz można zwyciężyć. Zupełnie odmienne nastawienie od tego, jakie ci sami zawodnicy pokazywali kilka tygodni temu.

Leonardo z Milanem rozstał się, gdyż gardził megalomanią Berlusconiego, chcącego akceptowania przez Brazylijczyka swoich racji, i pragnącego, aby ten był swojemu przełożonemu całkowicie uległy. Ciekawe tylko, kiedy młodzieniaszek wśród trenerów zdoła nie zgodzić się z propozycjami podobnie kategorycznego i też niecierpiącemu sprzeciwu Morattiemu. I ewentualnie jakie skutki będzie to miało na ich dalszą współpracę.

 Żródło: "bez-faulu.blog.pl"

Metamorfoza Naniego
środa, 29 grudnia 2010, 20:17

Zachłanność bogatego Realu Madryt, pragnącego za nawet bajońskie sumy sprowadzić na Santiago Bernabeu każdego, kto ponadprzeciętnie potrafi obchodzić się z piłką, wywarła ogromny wpływ na wyglądzie nie tylko samego madryckiego klubu, ale - przede wszystkim - na kształtcie wielu europejskich drużyn wchodzących ostatnimi czasy w złotodajne interesy z hiszpańskimi burżujami.

Ów działanie nasiliło się w lecie 2009 roku, kiedy na dobre zapanował nowy-stary prezydent Florentino Perez, obiecujący stołecznemu ludowi zakupy na miarę sprowadzonych kiedyś przezeń Zidane'ów i Roberto Carlosów. Perez jako cel sztandarowy zapragnął zakontraktować portugalskiego „zwodnisia” Manchesteru United Cristiano Ronaldo. Władze Manchesteru doznały więc dysonansu poznawczego, gdyż były świadome, iż pozbycie się najskuteczniejszego wówczas piłkarza globu może przynieś wielomiesięczną niewydolność całej drużyny, z drugiej jednak strony zaproponowano im kwotę, z której z wyliczeniem zer miałby nie lada problem niejeden amator matematycznego systemu dwójkowego, i za którą można by spokojnie załatać kawałek przeogromnej dziury budżetowej (wtedy zadłużenie Manchesteru wynosiło około 750 milionów euro). Jak wiemy teraz, Ronaldo ostatecznie za 93 miliony euro trafił na Bernabeu, pozostawiając angielski klub z ogromną ofensywną otchłanią, mającą być skutecznie uzupełnianą przez gołowąsa Naniego...

...jednak to nie była kaszka z mleczkiem.

Nani do Manchesteru przybył za 16,5 mln euro na dwa lata przed sprzedażą swojego rodaka Ronaldo do Realu Madryt. Identycznie zresztą jak CR10 na szerokie wody wypłynął z tego samego portu, ze Sportingu Lizbona. Od samego początku ciemnoskóry skrzydłowy gloryfikował nieco starszego kolegę, nazywając go najwspanialszym ze wspaniałych i ufając, że wkrótce stanie się równie sprytnym graczem. Obaj ucieleśniali pojęcie przyjaźni, której nie da się zamknąć w twardych regułach, dlatego więc swoją wzajemną sympatię musieli przenieść poza życie klubu piłkarskiego, do klubu – w wielu wypadkach - nocnego. Swego czasu w angielskich tabloidach głośno było o zdrożnej przygodzie trzyosobowej portugalskiej kolonii Manchesteru - w skład której dołączył jeszcze Anderson – z kilkunastoma prostytutkami z renomowanej angielskiej agencji; ach ta przyjaźń.

Pazerny na futbolowy towar Real Madryt rozłączył dwójkę przyjaciół (spotykać się mogą w czasie zjazdów reprezentacji narodowej), ale Nani wreszcie dostał szansę na pokazanie, że z Ronaldo łączy go coś więcej niż niemoralne zwyczaje. W Manchesterze wszyscy byli przekonani o potrzebie przyłączenia do snajperskiego ideału - Wayne Rooneya – zawodnika czarującego, ale też potrafiącego dla zespołu poświecić własne dobro, i własne statystyki – padło na wiadomo kogo.

Naniego trzeba było najpierw, nazwijmy to, zresocjalizować, czyli natchnąć do wytężonej i filantropijnej pracy na rzecz zespołu. Powszechnie bowiem było wiadomo, że jego względy wobec Ronaldo przejawiały się również stylem prezentowanym na murawie. Nani nade wszystko szczycił się cyrkowymi zagraniami, nad szybkie i mądre podania do kolegów przedkładał indywidualne popisy, wielokroć niedające nic Manchesterowi oprócz nieśmiałego aplauzu stadionowej publiki. Rozochocony dryblerskimi zdolnościami zawodnik zapragnął pewnie z miejsca stać się fundamentalną postacią drużyny sir Alexa Fergusona, ale walijski szkoleniowiec mu tego nie ułatwił, za co został przez podkomendnego ostro zrugany: - Ferguson jest skomplikowanym człowiekiem. Jeśli wszystko jest w porządku, to pracuje się harmonijnie. Ale jeśli coś jest nie tak, można od niego dostać niezły opieprz, nawet na oczach całej drużyny – skarżył się niegdyś mocno sfrustrowany piłkarz, po tym, gdy w kilku istotnych spotkaniach (z Manchesterem City, Tottenhamem i Liverpoolem) sezonu 2009/2010 wszedł na boisko albo jako zmiennik, albo murawy nawet nie powąchał.

Przełom nastąpił

Poprzedni sezon udał się głównie Wayne'owi Rooneyowi, inni piłkarze Czerwonych Diabłów na jego tle wyglądali na podstarzałych chodziarzy. Angielski strzelec wyborowy seryjnie pakował gole nie tyle piękne, co ważne. Charakteryzowała go także niezwykle rzadko spotykana na tej pozycji służalczość całkowita. Piłkarza zarażonego tą cechą można rozpoznać błyskawicznie: on nie zatrzymuje się nigdy, a na większy haust powietrza pozwala sobie dopiero wtedy, gdy z jakichś powodów gra jest przerwana. Jednak Rooney od kilkunastu miesięcy walczy z enigmatycznymi kontuzjami oraz z własną psychiką, skwapliwie podniszczaną przez żurnalistów wytykających mu mało przyzwoite życie prywatne, stąd jego osiągi są nieprawdopodobnie mizernie. Zwykle na półmetku walki o mistrzostwo Premier League młody Anglik miał na swoim koncie ponad 10. trafień, w tym zaś strzelił zaledwie... jednego gola, na dodatek po rzucie karnym!

Przed sezonem do Manchesteru trafiła jedna z nielicznych pozytywnych postaci minionego mundialu w RPA Javier Hernandes. Meksykanin jednak poza kilkoma dobrymi występami nie zachwycał, a ciężarowi wydźwignięcia ze sporego dołka niemiłosiernie człapiącego na początku sezonu Manchesteru zdołał podołać nie – jak by się mogło pozornie wydawać – Berbatov, a Nani. Portugalczyk w ostatnich sezonach dojrzał niesamowicie, z nieskromnego egoisty wyrósł równie nieskromny piłkarz, któremu zdecydowanie bardziej zależy na zwycięstwach swojego zespołu. Wcześniej 24-latek swoje poddaństwo Fergusonowi sugerował wyłącznie werbalnie, teraz czyni to również na boisku. Za Nanim nie przemawiają jeszcze kosmiczne statystyki (w tym sezonie bramkarzy rywali pokonywał pięciokrotnie), ale wszyscy przecież pamiętamy pierwsze lata gry na Old Trafford Cristiano Ronaldo. Na początku głównie machał nogami nad futbolówką, do bramki natomiast trafiał mało kiedy, by po jakimś czasie do przebierania kończynami dodać dziesiątki zmysłowych goli.

Ależ bezczelny ten Lech...
piątek, 17 grudnia 2010, 11:27

Polska jest podobno krajem pesymistów. Ale i w tym szerokim gronie ludzi można było znaleźć naiwniaków wierzących, że Lech Poznań po żałosnej grze w eliminacjach do Ligi Mistrzów zdoła pokonać o wiele majętniejszy i, bądź co bądź, trochę cyniczny w stosunku do poznańskiego rywala Dnipro Dnipropietrowsk, dzięki czemu zakwalifikuje się do rozgrywek Ligi Europejskiej. Lechici bohaterską postawą na Ukrainie oraz zwycięstwem 1:0 skarcili zbyt pewnego siebie przeciwnika. „Co tam 0:1...” - myśleli pewnie nasi południowo-wschodni sąsiedzi. „W rewanżu trochę wzmocnimy skład i pokażemy im, kto tak naprawdę lepiej umie kopać piłkę, i kto ma prawdziwe, europejskie aspiracje” - prawdopodobnie dumali Ukraińcu. Rewanż okazał się jeszcze bardziej brutalny, bowiem Dnipro zostało upokorzone po raz drugi, tym razem świadome tego, czego po oponencie może się spodziewać. - Ależ bezczelny ten Lech...


Po dwumeczu narodziło się niedowierzanie, momentami przeistaczające się w lekką konsternację, bo jak mózg przeciętnego polskiego zjadacza chleba miał opanować to, co się stało, a stać się nie powinno. Mózgom powrót do realnego świata utrudniała jeszcze jedna chamowata myśl, która za Chiny Ludowe nie chciała się ulotnić: - przecież Kolejorz miał okropnie rozbity – przez kontuzje – skład. - Więc co to ma być? Jakieś marne, niskobudżetowe sience fiction? No, to przepraszamy bardzo, więcej my takich kitów nie chcemy – ostentacyjnie zastrajkowały Mózgi. - Ależ bezczelny ten Lech...

Losowanie grup Ligi Europejskiej przywiało piłkarzom z Wielkopolski szumną konkurencję, a samą grupę z miejsca nazwano „grupą śmierci”. Składała się ona z najbogatszej austriackiej drużyny Red Bulla Salzburg, z konsekwentnie budowanego na mistrzostwo Włoch Juventusu Turyn, z wzmocnionego nieograniczonym arabskim kapitałem Manchesteru City - który obecnie najjaśniejszą gwiazdą futbolu jeszcze nie jest, ale kolejnej nocy, kto wie - oraz, rzecz oczywista, ze skromnego Nadwarciańskiego klubiku. I scenariusz znów się powtórzył, bo w możliwość ugrania przez poznaniaków choćby kilku punkcików wierzyli albo zatwardziali kibice, albo istoty futbol znające tylko z górnolotnych opowieści swoich dziadków, mężów, żon, ciotek, pociotek. A jednak Mózgi otrzymały kolejne porcje materiałów, z którymi uporać się musiały skutecznie przez lechitów wymęczone szare komórki. Kolejorz na początek zremisował z bogatym Juventusem, w polskiej ekstraklasie przegrał z Polonią i Legią Warszawa, pokonał bogaty Red Bull Salzburg, po drodze przerżnął z Zagłębiem Lubin, przegrał, a w rewanżu wygrał z multimiliarderami z Manchesteru (po drodze otrzymując łomot od Wisły Kraków i Ruchu Chorzów), drugi raz zremisowali z bogatym Juventusem, nie poradził sobie z Widzewem Łódź i znów pokonał bogaty Red Bull Salzburg. - No nie, a ci znów swoje. Niby Lech z mocnymi, europejskimi markami radził sobie doskonale, a w lidze z przeciętniakami otrzymywał solidne baty? Takie bajki to wciskajcie innym, ale nie nam – kolejny raz, zasłużenie zresztą, zaprotestowały Mózgi. - Ależ bezczelny ten Lech...

Przed piątą serią meczów Ligi Europejskiej, w której mistrz Polski mierzył się z Juventusem Turyn bardzo szczerego wywiadu udzielił rozgrywający Semir Stilić. Bośniak przed polsatowskimi kamerami oznajmił, że postawa jego drużyny z ligi, a postawa z europejskich Pucharów to dwie odrębne historie. Pod pucharowymi jupiterami motywować się nie trzeba, bitność przychodzi nieproszona, na ligowych murawach zaś motywacja nie przychodzi, nawet gdy się ją o to pokornie błaga. Niby teza wyświechtana i nam dobrze znana, ale samo podjęcie przez Stilicia tematu zasługuje na podziw. W nadmienionym spotkaniu z Juve piłkarze z Poznania urzekli nas po raz kolejny, bowiem dzięki remisowi, jeszcze przed ostatnią serią gier dokonali czegoś nie-pra-wdo-po-do-bne-go – zapewnili sobie awans do 1/16 finału Ligi Europejskiej z możliwie najsilniejszej grupy! Jakby tego było mało, podwładni Jose Mari Bakero mężnie walczyli z Salzburgiem o zajęcie pierwszego miejsca. Poznaniacy swój warunek spełnili, ograli Austriaków, dzięki czemu zrównali się punktami z Manchesterem (po dwanaście), a o zajęciu drugiego miejsca zadecydował tylko nieznacznie gorszy bilans bramek. - Ależ bezczelny ten Lech...

Jeszcze przed ostatnią serią gier, kiedy potwierdzona była wiosenna kontynuacja poznańskiej przygody w Europie, lecz gdy nie wiedzieliśmy, które miejsce w grupie zajmie polski jedynak w Pucharach oraz z kim na wiosnę zagra, kolejne objawy zuchwałości napłynęły z Wielkopolski. Wiceprezes klubu Arkadiusz Kasprzak stwierdził nieskromnie, iż żaden rywal mu nie straszny, wręcz przeciwnie, im przeraźliwsza nazwa, tym korzystniej. Kasprzak zaznaczył tylko, iż chciałby, żeby lutowy rywal miał stadion w pobliżu, aby piłkarze i kibice nie musieli długo podróżować. - "Po podniosłym przebrnięciu przez „grupę śmierci” pragniemy zmierzyć się z mocnym przeciwnikiem. Chcemy mocnego rywala pod każdym względem" – rzucił nonszalancko wiceprezes Kasprzak. - Ależ bezczelny ten Lech...

Nasza międzynarodowa nicość w futbolu w ostatnich kilkunastu latach spowodowana była, po pierwsza, marnością piłki klubowej jako takiej, po wtóre olewającym stosunkiem do konkurencji z peryferii futbolu (stąd porażki z takimi Azerbejdżanami), po trzecie zaś zszarganą do granic możliwości pewnością siebie, która diametralnie wiotczała na samą myśl stawienia czoła konkurentowi nieprzeciętnemu. Lech zdeptał pewną konwencję, oby nie był to jednorazowy wypadek.

 

Komentarze
Emilia-Stromczynska
Dziękuje ślicznie;*
Zgłoś naruszenie
Ocena: 4.25

DODAJ SWÓJ KOMENTARZ
Komentuj
Oceń:
Polityka prywatności Regulamin Reklama Dołącz do nas Kanały rss Kontakt FAQ
Sport24.pl   2007-2012   Wszelkie prawa zastrzeżone
0.8733 -
Firma w holdingu PMPG